Przypadek The Prodigy okazał się w ewolucji tanecznego koncertu kamieniem milowym. Idea zespołu, którego skład tworzyli producent i kompozytor Liam Howlett, dwóch tancerzy i pohukujący MC, ma swoje źródło w historii manchesterskiego acid house'u. To tam w połowie lat 80. powstała niecodzienna grupa Happy Mondays – pierwszy rockowy band, którego pełnoprawnym członkiem został radośnie pląsający po scenie gość. Jedynym obowiązkiem Marka " Beza" Berry'ego, bo nim mowa, był szalony, napędzany ecstasy taniec z przeszkadzajkami dzierżonymi w dłoni. Happy Mondays byli obserwatorami i aktywnymi twórcami manchesterskiej sceny house wyrosłej w legendarnym klubie Hacienda. Kiełkujące pomysły technicznego, roztańczonego pokolenia zaszczepili na grunt objazdowego show, dając impuls całej rzeszy zespołów, które zapragnęły mariażu gitar i programowanych bitów.
The Prodigy postawili tę sytuację na głowie. Mając wyraźnie taneczny rodowód, zbudowany na kulturze nocnych klubów, rave'ów i syntetycznej pozbawionej żywych instrumentów muzyce, kwartet z Essex głęboko skrywany sekret generacji ecstasy pchnął w objęcia masowego odbiorcy. Na początku lat 90. nielegalne imprezy typu rave zamieniły się w gigantyczne sponsorowane przedsięwzięcia zbliżone formułą do rockandrollowych festiwali w duchu Glastonbury, a The Prodigy stali się ich największą gwiazdą. Na żywo ich albumowe rytmy jungle i breakbeat hardcore kipiały od dzikiej punkrockowej energii, skrząc się od agresji i niekontrolowanego chaosu. Pozytywne, narkotyczne lato miłości przeistoczyło się w nowego rodzaju pogo, schizofrenicznie rozdarte pomiędzy potrzebą zabawy a histerycznym niepokojem, izolacją i odhumanizowaniem. The Prodigy tę "rave'n'rollową" formułę zresztą konsekwentnie rozwijali, na kolejnych płytach odpływając coraz bardziej w kierunku industrialu, samplując gitarowe riffy Skunk Anansie, a na żywo występując dodatkowo z gitarzystą i perkusistą.